By

Jesteście ciekawi, czy profesjonalnym trenerom zdarzają się chwile słabości i zwątpienia? Jak radzą sobie ze spadkiem motywacji u swoich podopiecznych? O to i o kilka innych, nurtujących amatorkę spraw zapytałam Julię Jargieło – instruktora fitness i trenera personalnego, z której pomocy możecie skorzystać w klubie fitness Open Sport w Gliwicach.

julia

Po co właściwie światu personalni trenerzy? Czy ćwicząc samodzielnie w domu jesteśmy w stanie osiągnąć efekty podobne, co z czyjąś pomocą?

Też się czasami zastanawiam 😉 Dorośli doskonale wiedzą, co robić, by zachować zdrowie i dobry wygląd – odżywiamy się prawidłowo, dużo ruchu i odpoczynku. Niektórzy potrzebują wsparcia, motywacji i mobilizacji obcego człowieka, by „podnieść się z kanapy”, odejść od komputera i zdyscyplinować swoją dietę, docelowo poprawić komfort i jakość życia. Podopieczni rozpoczynający współpracę z trenerami personalnymi to zazwyczaj ludzie, którzy dojrzali do decyzji, by profesjonalnie podejść do treningu i sposobu odżywiania. Często są to ludzie z poważnymi dolegliwościami zdrowotnymi, którzy wypróbowali wiele dróg samodzielnej walki o lepszy wygląd i zdrowie. Oczywiście, są też tacy, których przestały satysfakcjonować treningi domowe i „diety-cud z internetu”, szukają nowych możliwości rozwoju, albo chcą „oddać się” w ręce specjalistów. Jako trener uważam, że domowe warunki treningowe nigdy nie usatysfakcjonują początkujących sportowców (tak, tak, amatorzy też powinni być nazywani sportowcami) w porównaniu do profesjonalnych ćwiczeń w studiu treningowym, czy w klubie fitness. Aby trening przynosił ciągłe korzyści w postaci polepszania sylwetki i kondycji musimy pilnować, by bodźce treningowe były coraz mocniejsze i silniejsze – dom nie daje takich możliwości, odpowiednim miejscem będzie sala treningowa lub siłownia. Jeżeli naszym celem jest radykalna zmiana sylwetki polecam udać się do specjalistów, najlepiej tych polecanych i doświadczonych. Jeżeli chcemy trochę się poruszać i „dotlenić” nie zwracając uwagi na cele sylwetkowe, warunki domowe mogą być idealne, choć oczywiście istnieje ryzyko kontuzji, wyuczenia nieprawidłowych wzorców i powielania błędnych teorii. Skąd mamy pewność, że „trener z Youtube’a” (jeśli w ogóle jest trenerem) pokazuje ćwiczenia dostosowane do naszych potrzeb, celów treningowych i stanu zdrowia? Jak dla mnie… za dużo można stracić i wiele ryzykuje się samodzielną ingerencją w swoje ciało. Taka chwilowa oszczędność może później wiele kosztować.

Czy jako trener jestem światu potrzebna? Zapytajcie ludzi, z którymi ćwiczę 😉

To oczywiste, że w Twojej pracy ważne jest podejście indywidualne. Na podstawie jakich kryteriów dobierasz trening do klienta?

Priorytetowym kryterium jest rozmowa kwalifikacyjna, w czasie której trenerzy poznają stan zdrowia swojego przyszłego podopiecznego, cele treningowe, poziom motywacji i aktualną jakość życia. Jeżeli idziecie do trenera, który nie zapytał o nic, tylko od razu zaczyna z Wami trenować, możecie mu podziękować za współpracę. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której zaczynam ćwiczyć z osobą, o której nic nie wiem! Profesjonalne podejście wymaga indywidualnego planu treningowego i dietetycznego, często współpracy z lekarzami, rehabilitantami, fizjoterapeutami i dietetykami klinicznymi. Moim priorytetem jest pomóc podopiecznemu w osiągnięciu jego marzeń, z uwzględnieniem stanu zdrowia i rzeczywistych możliwości. Trening personalny składa się z trzech części: rozgrzewki na maszynach cardio oraz ćwiczeń dynamicznych wprowadzających ciało i umysł w czas treningu; części głównej ukierunkowanej na celach treningowych i stanie zdrowia, a także końcowym, wyciszającym stretchingu, który osobiście wykonuję. Wiadomo, początek współpracy u każdego będzie podobny – ocena sprawności funkcjonalnej, nauka prawidłowych wzorców, próby wytrzymałości kondycyjnej i mobilności. Nie ma jednego gotowego przepisu na treningi personalne – nas trenerów obowiązują określone zasady treningowe, schematy i standardy działań, jednak każdy trening musi być zindywidualizowany.

Na horyzoncie wiosna, co oznacza, że wkrótce będziemy chciały odsłaniać coraz więcej ciała. Czy wraz z nadejściem ciepłej pory roku zauważasz wysyp „sezonowców”? A może w dobie mody na „życie fit” to zjawisko jest coraz rzadsze?

Zdecydowanie styczeń jest miesiącem zwiększonej ilości motywacji – nowy rok, nowa/y ja 😉 zauważamy wysyp „sezonowców”. Niektórzy z nich zostają, inni odchodzą wraz z nadejściem piękniejszej pogody, lata, czy wakacji, albo osiągnięciem swojego celu treningowego. W moim doświadczeniu trenerskim najgorętszym okresem, w którym zgłaszają się nowe osoby jest początek lata. Niestety lubimy wszystko zostawiać na ostatnią chwilę – nawet nasze odchudzanie (tak, coraz więcej osób odchudzamy, niż pomagamy budować masę ciała). Gorliwie odchudzamy się codziennie przez miesiąc, by ze smutkiem stwierdzić, że za rok spróbujemy wcześniej, bo miesiąc to za mało, by zmieścić się w 3 rozmiary mniejsze. Obwiniamy siebie, najbliższych, pracę, problemy finansowe, „brak czasu”, trenera… za nasze niepowodzenie.

Rozpoczynając z kimś trening zawsze pytam się o czas, w jakim dana osoba chciałaby schudnąć. Najczęściej to my, trenerzy, musimy powiedzieć brutalną prawdę – nie da się drastycznie i zdrowo schudnąć w kilka tygodni. Jeżeli nasze ciało ma się przyzwyczaić do nowego schematu żywieniowego i reżimu treningowego musimy dać mu trochę czasu, przyzwyczaić się i zaakceptować zmiany. Sezonowcy – tak mi się wydaje – są coraz rzadszym zjawiskiem. Większą motywacją są ważne wydarzenia życiowe i okolicznościowe, np. ślub, narodziny dziecka, chorobliwa nadwaga, zwiększona ilość czasu na emeryturze, rozwód z mężem, który spotykał się z młodszą i szczuplejszą kobietą, chęć dorównania koleżance z pracy, która trenuje z trenerem i wygląda fantastycznie… Im więcej poznaję osób, tym więcej odkrywam prawdziwych powodów rozpoczynania trenowania. Jeżeli mam zapytać siebie, dlaczego trenuję… nasuwa mi się jedna odpowiedź: bo to uwielbiam… a poza tym – jako trener – powinnam się odznaczać dobrą formą i sylwetką.

Na pewno zdarzają Ci się klienci zdeterminowani na początku, jednak tracący motywację do ćwiczeń z upływem czasu. Co robisz w takiej sytuacji?

Rozmowa i wyszukanie prawdziwego powodu osłabionej motywacji to podstawa. Po kilkunastu treningach nawiązuje się relacja, często przyjacielska między trenerem a podopiecznym. Na każdym treningu pytam o samopoczucie, stan zdrowia, wykonane samodzielne treningi (jednym z moich założeń jest nauka samodzielnego, prawidłowego wykonanego treningu) a także postępy lub ich brak w diecie. Brak motywacji  może być wywołany z powodu niezauważalnych zmian, braku efektów „na już” lub ogólnym znużeniem. Trzymanie diety i pilnowanie systematyczności treningowej to proces długotrwały… a my chcemy efektów na już, bez bólu, zmęczenia i wyrzeczeń. Zawsze staram się uprzedzić osoby z którymi ćwiczę, że zazwyczaj po miesiącu, dwóch przychodzi spadek motywacji. Należy wtedy spojrzeć na siebie na początki drogi, a także zwizualizować jej koniec – nowego, lepszego siebie. Ważne jest umiejętne pokazanie zalet ćwiczącemu, jakie daje trening i dieta – lepsza kondycja, zdrowszy organizm, poprawa jakości życia itd.  A kiedy jest największa motywacja? Po konsultacji trenerskiej, kiedy wychodzimy z siłowni „mając” trenera personalnego. Sam fakt, że jesteśmy pod opieką specjalisty jest dużą dumą i motywacją….  bo przecież największe gwiazdy mają swoich trenerów i dietetyków, więc dlaczego ja mam nie mieć?

Czy zdarza Ci się, że i Twoja motywacja spada i jedyne, na co masz ochotę to poleżeć plackiem na kanapie? Jakie są Twoje metody na auto-motywowanie?

Może nie na kanapie… częściej wyobrażam sobie przyjemne jacuzzi z gorącą wodą albo łóżko u mojego masażysty. Oczywiście, że zdarzają się chwile, kiedy się nie chce… w okresie zimowym jest ich nawet znacznie więcej. Cały dzień pracy, po której trzeba wykonać swój mocny trening siłowy, bardzo często przeplatany kilkugodzinnymi zajęciami fitness – i tak codziennie! Sama jako trener jestem prowadzona przez innego trenera. Trudno jest mi wygospodarować czas na trening personalny, ale raz na 2-3 miesiące jeżdżę na drugi koniec Polski, by moją sylwetkę i poczynania ocenił ktoś inny, o wiele lepszy, starszy i bardziej doświadczony ode mnie. Na spotkaniach dostaję plan treningowy i dietetyczny, który – tak jak moi podopieczni – muszę respektować. Obecnie jestem na etapie tzw. „masy”, czyli zwiększoną ilością  pożywienia i modyfikacjami treningowymi przez najbliższe 4 miesiące będę starała się powiększyć objętość mięśni, by na wiosnę rozpocząć tzw. „redukcję” – cieszyć się umięśnionym, odtłuszczonym ciałem. Wielkim wsparciem jest dla mój chłopak, również trener personalny i kulturysta. Patrząc na ich wyrzeczenia, ekstremalnie restrykcyjną dietę i codzienny, kilkugodzinny trening i przygotowania do zawodów, wcale nie powinnam narzekać.

Mam to szczęście, że zdecydowałam się radykalnie zmienić sposób odżywiania – obecnie jestem na diecie tłuszczowej, na której nie odczuwam napadów głodu i chęci podjadania słodyczy, które uwielbiam (zwłaszcza lody z McDonalda z podwójną polewą karmelową – o, zgrozo!). Jestem w stanie przejść obojętnie obok regału z „niedozwoloną” żywnością, a na imprezie odmówić potraw, których nie powinnam jeść. Postanowiłam wykorzystać popularną w kulturystyce zasadę posiłku oszukanego – tzw. cheat meal. Jeden raz w tygodniu zamieniam jeden posiłek na coś spoza diety. Najczęściej jest to niedzielny deser, albo pozwolenie sobie na coś niezbyt zdrowego, jak np. pierogi ruskie.

Dobrze prowadzona dieta nie jest problemem. Problemem sportowców (w tym amatorów) jest nadmiar obowiązków w ciągu dnia, pośpiech, brak chwili wytchnienia i odpoczynku… mnie niestety czasem też to gubi. W takich sytuacjach zmieniam suplementację okołotreningową, korzystam z mocniejszych przedtreningówek, staram się częściej korzystać z pomocy fizjoterapeuty w leczeniu dolegliwości związanych z przemęczeniem, w diecie „ładuję się” okresowo jeszcze większą ilością tłuszczu, staram zajmować się swoimi zainteresowaniami spoza fitnessu, obecnie uczę się szyć na maszynie i jeżdżę rekreacyjnie na motorze. Jeżeli przychodzą chwile masakrycznego zmęczenia… to słucham ciała i umysłu i z wyrzutami sumienia odpuszczam trening. Wykonuję go w innym dniu, lub łączę w dniu, w którym mam większą motywację i siłę do działania. Nie muszę robić wszystkiego za wszelką cenę. Z dietą nie mam problemu. Jem 3-4 razy dziennie, posiłki są sycące, obfite i tłuste. Raczej nie zdarzają mi się chwile osłabionej motywacji, uwielbiam ćwiczyć siebie, walczyć z ciężarami, poznawać, jak moje ciało reaguje na nowe bodźce, walczyć ze znużeniem, bo obiecałam sobie i mojej trenerce, że dam radę! Moje ciało to moja wizytówka, która jest codziennie oceniania. Muszę nad nią pracować również dlatego, żeby wiedzieć, jak czasem trudno moim podopiecznym wykonać trening, który im poleciłam do samodzielnego wykonania. Sama muszę trzymać dietę, by pozwalać moim podopiecznym popełniać błędy żywieniowe, które każdemu się zdarzają. Poza tym, jako dziewczyna kulturysty powinnam „pasować do zestawu” i odznaczać się wysportowaną sylwetką. Wspólna pasja bardzo łączy, oboje wiemy, że w planie dnia musi się znaleźć czas na treningi i przygotowanie posiłków.

Jeżeli znajduję chwilę to oglądam filmiki motywacyjne z kobietami, które  wypracowały idealną sylwetkę. Najczęściej oglądam filmiki z treningów Michelle Lewin, podziwiam jej wyćwiczone ciało, a przy okazji inspiruję się w tworzeniu nowych treningów. Pomocne są również rozmowy z ludźmi „z branży”, wymiana doświadczeń na szkoleniach i kursach, uczestnictwo w fit-imprezach, konwencjach i grupowych treningach. Motywują mnie również moi podopieczni, którzy są wdzięczni za wiedzę, umiejętności i doświadczenie, którym się z nimi dzielę. Mam zrobioną listę celów na najbliższe lata, wizualizacja mety bardzo pomaga, choć wiem, że droga jest ważniejsza, a nie cel sam w sobie. Nawet jeżeli nie osiągnę tego, co zamierzałam, nie zamierzam się poddać. Staram się akceptować zauważalne zmiany mojego ciała, większe zmęczenie, trudniejszą pracę nad polepszeniem sylwetki, częstym zniechęceniem… przecież robię to codziennie od kilku lat! Każdy może mieć gorszy dzień – najważniejsze, żeby było to dzień, który można przeleżeć w łóżku z gorącą herbatą i ulubionym filmem, niż całe życie. Pozwólmy sobie na okresowe lenistwo, z warunkiem takim, że każde odstępstwo od fit życia będzie zaplanowane i kontrolowane… no i sporadyczne.

Czytelniczki naszego bloga na pewno potwierdzą,  że regularne ćwiczenia potrafią zmienić nie tylko ciało, ale i ducha. Po latach pracy trenera, jakie zmiany zauważasz w sobie?

Ciało się zmieniło radykalnie w każdej sferze. Trening uczy wytrzymałości i cierpliwości, obserwacji własnych umiejętności i postępów, lub ich braków. Sportowcy to ludzie pokorni. Wiemy, że nie zawsze wszystko uda nam się, co zaplanowaliśmy – ale to nie jest powód, by się poddawać. Tak naprawdę w naszej pracy ciało nie jest najważniejsze. Powody sylwetkowe nie są priorytetami, choć niektórym może się tak wydawać. Najważniejsze jest to, by czuć się dobrze ze sobą i być szczęśliwym, robić to, co się lubi. A za taki stan ducha ludzie wiele poświęcą i wiele zapłacą. Duma, że dało się radę wykonać trening, że nie oszukiwało się w diecie są nieocenionym motywatorem do dalszych działań. Nawet popularne „zakwasy” mogą być naszą chlubą i odczuwalnym przypomnieniem naszych starań. Powinniśmy ćwiczyć nie po to, bo nasze ciała tego wymagają, a w niektórych przypadkach ruch jest formą rehabilitacji… powinniśmy ćwiczyć dlatego, bo daje to siłę, radość i samoakceptację. Powinniśmy od siebie wiele wymagać, nawet jeśli inni od nas nie wymagają.


 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
wpDiscuz